Zamach smoleński

Piórem analityka…

Zastrzegając sceptycyzm wobec wersji intencjonalnego wywołania katastrofy smoleńskiej, muszę się przyznać, że w poniedziałkowej rozmowie w Polsat News posłużyłem się podświadomie określeniem "zamach smoleński". Na co dzień jestem bardzo ostrożny w doborze słów, a w szczególności słów stanowiących oceny, tym razem jednak nie zapanowałem nad skojarzeniami, wyrwało mi się, za co zostałem skarcony przez dziennikarza, zresztą słusznie.

Piszę o tym, aby wskazać na niespodziewaną skuteczność PiS-owskiej propagandy smoleńskiej. Na przestrzeni 2 lat Antoniemu Macierewiczowi udało się dokonać rewolucji w świadomości publicznej. Pierwotne koncepcje spiskowe przyczyn katastrofy były powszechnie traktowane jak absurd. Wciąż pojawiające się nowe koncepcje doprowadziły przynajmniej do tego, że poważne autorytety (członkowie komisji Millera, prezes Polskiej Akademii Nauk) głośno mówią o konieczności ich obiektywnej weryfikacji, a nawet potrzebie powołania zespołu niezależnych, zagranicznych ekspertów. Odsetek Polaków dopuszczających koncepcję zamachu wzrósł w okresie tych dwóch lat dwukrotnie.

Na ten stan najsilniej wpływa całkowite milczenie rządu i organów kontrolnych. Prokuratura zaniechała informowania o postępach śledztwa. Prezentowane poważnie hipotezy wybranych naukowców polskiego pochodzenia z Australii i USA przez obóz rządzący traktowane są z kpiną i szyderstwem. Brak argumentów (bo raport Millera w dyskursie publicznym już nie istnieje) politycy Platformy (ale także np. Leszek Miler) zastępują zbywaniem, obśmiewaniem, agresją. Taka postawa jest odbierana jako typowa dla osób, które mają coś do ukrycia.

Polskie władze nie wskazują, jakie starania podejmują w celu odzyskania podstawowych dowodów w sprawie: wraku samolotu i czarnych skrzynek. Robią wrażenie, jakby pogodziły się z dominacją Rosjan w procesie badania okoliczności katastrofy. Z tego opinia publiczna może wnioskować, że nie są zainteresowane zbadaniem tych dowodów, a zatem być może mają co do ukrycia.

Fatalna od kilku miesięcy polityka informacyjna rządu zbiega się ze (lub skutkuje) spadkiem poparcia dla PO, premiera, rządu, a nawet prezydenta. Donald Tusk ma już więcej przeciwników, niż zwolenników. Ta okoliczność może mieć podstawowy wpływ na publiczną ocenę jego roli w katastrofie smoleńskiej. Na zasadzie efektu diabelskiego, osobie ocenianej negatywnie w zakresie pewnej cechy, opinia publiczna jest gotowa mechanicznie przypisać inne cechy np. ludzie brzydcy są źli. Wdrukowywane w umysły odbiorców słowa: "zamach", "spisek", "zdrajca" w tych zmienionych w okresie ostatnich miesięcy okolicznościach (spadku poparcia premiera) trafiają na podatny grunt. I gdyby nawet nie było żadnych okoliczności potwierdzających wersję zamachu, ludzie w coraz większym stopniu będą gotowi winić Tuska za katastrofę z samego tylko tego faktu, że coraz więcej Polaków go nie lubi.

Wielokrotnie wypowiadałem się, że PiS robi błąd, eksploatując wątki smoleńskie w debacie publicznej. Podtrzymuję twierdzenie, że PiS na tym wątku nie zyskuje, nie poszerza swojego elektoratu i nie zwiększa swoich szans na zwycięstwo wyborcze. Jednak w ten sposób skutecznie osłabia swojego głównego konkurenta. Nie sądzę, żeby to była dla PiS strategia na sukces, bo głosy zwolenników Platformy nigdy do PiS nie wrócą. Być może zdegustowani i zniechęceni wyborcy PO nie pójdą do urn, przez co odsetek zwolenników PiS wśród głosujących się powiększy, ale to ciągle jeszcze nie jest strategia na sukces. Trzeba zacząć zajmować się realnymi problemami Polaków.

dr hab. Adam Grzegorczyk

Gdzie jest 30% Polaków?

Piórem analityka…

Opublikowano wyniki Narodowego Spisu Powszechnego, z których wynika, że terytorium Polski zamieszkuje 38,5 miliona osób. Konfrontacja danych ze spisu z wynikami badań sondażowych dotyczących poparcia partii politycznych pozwala na sformułowanie przerażającej tezy: około 10 milionów Polaków nie posiada swojej reprezentacji w Parlamencie, a około 8,5 miliona nie znajduje wśród działających ugrupowań politycznych wiarygodnego przedstawicielstwa. To około 30% dorosłej populacji.

W okresie ostatnich miesięcy ten wskaźnik znacząco wzrósł, co jest skutkiem osiągnięcia stanu politycznej dojrzałości przez kolejne półtora miliona Polaków oraz ucieczki około miliona osób od jakichkolwiek ugrupowań politycznych.

Polscy niezadowoleni nie odbiegają demografią od swoich globalnych kolegów: młodzi, wykształceni, zagrożeni bezrobociem. Jednak polscy polityczni outsiderzy należą także do kilku charakterystycznych zbiorów, posiadających części wspólne, silnie integrujące te środowiska: internauci, rodzice, kibice, młodzi absolwenci. Środowiskowość tych grup i ich skonsolidowane zainteresowania sprawiają, że są one stosunkowo łatwe do pobudzenia i zorganizowania. Jednocześnie, jeśli spojrzeć na realizowane przez obecny rząd zmiany i plany kolejnych zmian, wszystkie z nich są w mniejszym lub większym stopniu skierowane przeciw tym środowiskom. To w pewnym momencie musi wywołać pokoleniowy bunt.

Analizowane środowiska to ludzie ideowi, wyznający wspólne wartości i skupieni na ich realizacji, przy czym w tej realizacji skrajnie cyniczni. Ostatnie pięć lat rządów Donalda Tuska nauczyło ich podstawowych zasad postpolityzmu, które potrafią zastosować dla realizacji własnych celów. Jeśli kibice byli gotowi skrzyknąć się na Agrykoli tylko po to, aby zepsuć radość meczu Tuska z dziećmi, jeśli Internauci potrafili doprowadzić do blokady witryn najważniejszych organów polskiego państwa, jeśli rodzice byli w stanie zgromadzić setki tysięcy podpisów w proteście przeciw obowiązkowi szkolnemu sześciolatków, wierzę, że są w stanie stworzyć ruch społeczny na miarę Solidarności '80.

Polskie elity polityczne wymagają rewolucyjnej zmiany. Dlatego jedyną nadzieję widzę w EURO 2012 i jego potencjale, nie promocyjnym, czy sportowym, ale politycznym. Spodziewam się, że coraz bardziej rozgoryczone i niezadowolone, a dotychczas formalnie nie zorganizowane, środowiska społeczne dostrzegą, że czas Mistrzostw Europy jest znakomitym okresem na manifestowanie tego niezadowolenia. Spodziewam się namiotowego miasteczka, ale nie pod Kancelarią Premiera (to jest miejsce protestów dla Kaczyńskiego, Solidarności, górników, nauczycieli i pielęgniarek), tylko pod Pałacem Kultury, podobnego do kijowskiej pomarańczowej rewolucji, ze scenami, na których występować będą młodzieżowe zespoły, ale też współczesnego, komercyjnego i radosnego, z firmami dowożącymi bezpłatnie, na zasadach degustacji, kefir własnej produkcji, z własnym studiem telewizyjnym i radiowym, wolontariuszami wybranymi spośród pasjonatów do zabierania głosu w poszczególnych sprawach. Brzmi fantastycznie?

dr hab. Adam Grzegorczyk

Premier traci władzę

Piórem analityka…

Stan jest taki, że słupki premiera, rządu i PO spadają. Dzieje się tak konsekwentnie od czasu wyborów i nie byłoby w tym niczego dziwnego, bo generalnie rządy się wypalają, a politycy przestają zachwycać, ale w tym przypadku przyczyn tych tendencji doszukuję się w samym Donaldzie Tusku i jego najbliższym otoczeniu. Na etapie tworzenia rządu Tusk popełnił szereg błędów, które do dziś się mszczą. I nie chodzi o błędy personalne, albo nie tylko. Przy tworzeniu składu gabinetu nie została zastosowana jednolita metoda doboru ministrów, co świadczy, że premier od początku nie miał koncepcji na to, czym ten rząd ma być. Z expose wynika, że ma rozwiązywać problemy i realizować reformy ustrojowe. Rząd ma bezpieczną parlamentarną większość, swojego prezydenta. W partii Tusk jest póki co niezagrożony. Zatem dla realizacji celu tego rządu należałoby wybrać kompetentnych strategów, fachowców, znających się na rozwiązywanych problemach, bez specjalnego poparcia partyjnego i nie koniecznie z jakimś gruntownym przygotowaniem politycznym. Takich osób jednak w rządzie znalazło się mało. Zamiast tego w kluczowych, bo związanych z perspektywicznie najważniejszymi problemami i wydarzeniami ministerstwach (reforma służby zdrowia, EURO 2012) Tusk obsadził dość doświadczonych polityków o nieznacznej pozycji partyjnej i zerowych kompetencjach merytorycznych (Arłukowicz, Mucha). Jednocześnie premier pozbył się ze swojego najbliższego otoczenia kluczowego stratega i mediatora poprzedniego gabinetu - Michała Boniego. Te wszystkie decyzje sprawiają, że premier nie dysponuje sprawnymi ośrodkami strategiczno-decyzyjnymi ani w swojej kancelarii ani na kluczowych stanowiskach ministerialnych. W kategoriach debaty publicznej - tego rządu nie ma, a traci na tym wizerunkowo przede wszystkim sam premier, którego propagandowy urok dodatkowo gdzieś wyparował. Może dlatego, że jego spin-doktor zajmuje się pisaniem fabularnych książek.

W ostatnich dniach głównym tematem mediów jest, czy koalicja przetrwa. Od dnia powołania tego rządu twierdzę, że nie i daję jej czas do czerwca. Najpóźniej wtedy, pod wpływem masowych protestów społecznych, spadających sondaży i narastających problemów Pawlakowi wygodnie będzie odciąć się od nieudolnych rządów Tuska i zacząć go otwarcie atakować. Spór w sprawie reformy emerytur jest jedynie wstępem do tej gry. A lider ludowców już przygotowuje się wewnętrznie (na kongres partii) i zewnętrznie (prawdopodobnie na jesień - szkoląc własne kadry) do wyborów. Jednak ten scenariusz już nie jest tak pewny.

W obecnej sytuacji sondażowej jedynym ugrupowaniem potencjalnie zyskującym na nowych wyborach jest Ruch Palikota. Hipotetyczny wynik wyborczy tego ugrupowania do osiągnięcia jesienią zrównywałby je z PO i PiS oraz dawałby znakomitą zdolność koalicyjną. Prawdopodobnie rządzenie nie jest szczytem marzeń Palikota, który ewidentnie za cel przyjął sobie osobistą prezydenturę. Dlatego czy Palikotowi będzie opłacało się w trudnych warunkach społecznych i ekonomicznych współtworzyć rząd, mam wątpliwości. Może być jednak i tak, że w moich rozważaniach wychodzę za daleko, a ludzie Palikota łakną władzy jak dżdżu.

Bardzo prawdopodobnym scenariuszem jest też rozpad PO, przejście dużej grupy posłów tej partii do Ruchu Palikota jeszcze w tej kadencji z równoczesnym przesileniem w Platformie, pozbyciem się Tuska i objęciem przywództwa w partii przez Grzegorza Schetynę. Tak odchudzona PO mogłaby być gotowa pójść do przyspieszonych wyborów.

Jednak żadna z tych konfiguracji nie skutkuje sukcesem dla Polski.

dr hab. Adam Grzegorczyk

Tajemnica Donalda Tuska

Piórem analityka…

Odwołuję wszystkie swoje wcześniejsze oceny kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej. A przypomnę, twierdziłem, że jest niekreatywna, brak w niej strategii, brak w niej idei segmentacyjnej, oferty dla poszczególnych środowisk, brak dynamiki i zaangażowania. Twierdziłem, że Platforma liczy jedynie na to, aby dotrwać do wyborów z przewagą nad PiS i aby nie wysypać się, co do rzeczywistego stanu finansów publicznych. Wszystko to odwołuję.

Dzisiejszy tekst miał być o tym, jak niekompetentnym politykiem jest Jacek Rostowski. Planowałem napisać, jak dla poklasku w mediach rujnuje plany swojego ugrupowania i wprowadza w umysłach elektoratu PO zamieszanie, jeśli chodzi o przyszłość polskiej gospodarki. Passus wojenny pomijam, bo świadczy jedynie o tym, że Rostowski jako polityk jest słaby na umyśle, ale podnoszę to, że 3 tygodnie przed wyborami minister finansów rządu Platformy Obywatelskiej zapowiada, że niedługo będzie źle. Jednak w perspektywie dalszych ustaleń ta wypowiedź Rostowskiego (powtarzam to - głupia), wpisuje się w pewien plan, który znany jest dotychczas tylko dwóm osobom.

Nie będę szczegółowo przedstawiał okoliczności, dość powiedzieć, że analiza faktów i podejście korelacyjno-regresywne pozwala mi na sformułowanie następującej tezy. Donald Tusk i Igor Ostachowicz mają plan, który realizują skrycie, w tajemnicy przed polityczną opozycją, ale także w tajemnicy przed politykami i zwolennikami Platformy Obywatelskiej. Tym planem jest pozbycie się władzy.

Brzmi absurdalnie. Polityka jest przecież sztuką pozyskiwania i sprawowania władzy, jak zatem lider dominującego ugrupowania może stawiać sobie za cel tej władzy oddanie? Ano może. Tusk wie, co czeka Polskę w okresie najbliższych 2 lat (i wiedzą to także co rozsądniejsi ekonomiści). Tusk wie, że najpóźniej w połowie 2012 roku Polska będzie musiała podjąć głębokie reformy strukturalne związane z ograniczeniem wydatków sektora finansów publicznych. Tusk wie, że w następnej perspektywie budżetowej z zapowiadanych 300 Polska może liczyć (przy pomyślnych wiatrach) na maksymalnie 70 miliardów EURO z kasy Unii. Tusk wie, że do 2013 roku zostaną w Polsce wstrzymane wszelkie rozpoczęte inwestycje, a nasz krajobraz zacznie przypominać wybrzeża Hiszpanii, z nie zakończonymi miliardowymi budowami. Tusk nie chce być gospodarzem kraju, w którym to wszystko się zdarzy.

Trzeba pamiętać, że plany Donalda Tuska nie muszą być (i w mojej ocenie całkowicie nie są) tożsame z planami innych liderów i członków PO. Co więcej, Obecnie Platforma Obywatelska dla Donalda Tuska nie jest już priorytetem. Tusk ma swój osobisty plan na dalsze życie i zwycięstwo w wyborach oraz premierostwo w kolejnej kadencji nie jest mu do niczego potrzebne, a wręcz przeciwnie. Tusk zręcznie wykorzystuje swoich partyjnych kolegów i ich wpadki, aby w najbliższych wyborach nieznacznie przegrać. Nie robi też nic, aby ten stan zmienić. Teraz dopiero rozumiem dlaczego.

dr hab. Adam Grzegorczyk

Premier dał się rozegrać

Piórem analityka…

Odwlekanie terminu opublikowania raportu o przyczynach katastrofy smoleńskiej ma swoje przyczyny i skutki. I nie sam raport, czy jego treść, budzą obecnie zainteresowanie opinii publicznej, a właśnie okoliczności jego opublikowania lub jego zaniechania.

Najpierw o przyczynach odwlekania. Decydentem opublikowania raportu jawi się premier, jednak ta sprawa nie wydaje się w pełni jednoznaczna. Jednak z hipotez mówi, że premiera celowo wprowadzono w błąd co do konieczności uprzedniego uzyskania tłumaczeń raportu. Komu mogło na tym zależeć? Tu sprawa wydaje się jasna. Osobom, które znają całość albo część treści raportu i których wizerunek lub odpowiedzialność zostanie w tym raporcie obciążona. Oczywiście, nie znamy treści raportu, ale zakulisowe doniesienia, przecieki i zwyczajna intuicja podpowiadają, że mogą to być pewne środowiska związane z armią, ewentualnie z kancelarią premiera. Układ sił w zakresie procedury związanej z raportem wskazuje jednak zdecydowanie na tę pierwszą grupę. Jaki interes miałby mieć minister Klich lub jego podwładni, wstrzymując opublikowanie raportu? Pozornie żaden, ale klucz prawdopodobnie leży w sferze czasu. Może chodzić o zamknięcie list kandydatów do parlamentu, może o prowadzone postępowanie personalnej promocji (np. stopnie generalskie), a może o banalne utrzymanie stanowisk do czasu wyborów (np. dotrwanie do czasu osiągnięcia wieku emerytalnego). Trzeba przy tym zauważyć, że tę zwłokę mógł sprowokować nawet tylko jeden zainteresowany i to nie koniecznie postawiony bardzo wysoko w hierarchii armii.

Inna hipoteza to taka, że sam premier celowo zdecydował odroczyć termin opublikowania reportu np. aby opóźnić rozpoczęcie debaty nad nim i przykryć nią inne, niekorzystne dla siebie sprawy (np. kampanię reklamową PiSu, pogarszający się stan polskiej gospodarki, wpływające na przyszłość Polski kłopoty Unii), jednak ta hipoteza nie broni się w świetle oświadczenia premiera, że raport zostanie bezwzględnie opublikowany 29 lipca. Jeśli miał być przykrywką, to premier źle wybrał czas jego opublikowania, bo akurat w tej dacie nie będzie miał czego przykrywać, a uzasadnienie, że do tego dnia tłumacze zostali zobowiązani do zakończenia pracy, brzmi przekonująco. Co więcej, ta hipoteza osłabia się w kontekście skutków opóźnienia, których premier musiał być świadomy, podejmując decyzję.

Niezależnie od treści raportu, opóźnienie w jego publikacji bezpośrednio obciąża wizerunek premiera w sposób szczególnie niekorzystny, jest to bowiem okoliczność, która podważa jego osobistą wiarygodność i rzetelność w informowaniu opinii publicznej. Nie tylko przeciwnicy, ale także obiektywni (o ile tacy są) komentatorzy zwracają uwagę, że uzasadnienie odroczenia publikacji raportu koniecznością ukończenia tłumaczeń jest miałkie i nieprzekonujące, podkreślając, że nie jest to prawdziwa przyczyna tej decyzji i snując domysły co nią jest. Premier, autoryzując tę decyzję, traci na wizerunku być może bardziej, niż na samej publikacji nawet najbardziej niekorzystnych dla przedstawicieli rządu tez tego raportu. Oczywiście, moje oceny formułuję przed zapoznaniem się z jego ostateczną treścią, jednak nie spodziewam się w raporcie jakichkolwiek ocen, których nie znalibyśmy z wcześniejszych denuncjacji mediów. Być może jednak znajdziemy tak rewelacje na miarę samej katastrofy. Oby nie, bo do wyborów będziemy musieli mówić już tylko o tym.

dr hab. Adam Grzegorczyk

M(N)aturalna masakra

Piórem analityka…

Tegorocznej matury nie zdał co czwarty abiturient. Media podają przyczyny: to słaby rocznik, winne jest wprowadzenie obligatoryjnego egzaminu z matematyki, testy nie są dostosowane do predyspozycji młodzieży, szkoła dostaje za mało pieniędzy. Ale to wszystko absurd.

Wyniki matury dowodzą, że polski system edukacji jest niewydolny. Od początku do końca. W każdych warunkach (w tym ekonomicznych) można dostosować system i metody kształcenia do predyspozycji ucznia. Edukacja to czysta usługa, w której liczy się produkt (oferta edukacyjna), dystrybucja (dostępność tej usługi), ludzie (świadczący usługę), dowody materialne (podręczniki, sprzęt, baza lokalowa, biblioteka, fizyczne warunki świadczenia usługi), procedury (metodyka, szczegółowość, elastyczność i efektywność programów, sylabusów, nadzór nad pracą nauczyciela, zasady współpracy z rodzicami), promocja (wywoływanie chęci uczenia się) i cena (koszt, który ponosi młody człowiek, kształcąc się, a zatem czas). Ocena polskiego systemu edukacji w tych siedmiu kategoriach (zwanych w marketingu 7P) pozwala sformułować bardzo precyzyjną diagnozę (nie ma na nią miejsca w tym felietonie) i konkluzję: za pieniądze, które z naszych podatków odprowadzamy na edukację, dostajemy substytut, dziecięcą przechowalnię, produkt szkolnopodobny.

Pedagogika jako nauka od lat wie, jak w czasie rozwija się dziecko i bardzo łatwo na tej podstawie określić predyspozycje, umiejętności i zakres wiedzy, które powinny być edukowane dla dzieci o określonym wieku. Dzieci przedszkolne i wczesnoszkolne, kiedy rozwija się ciekawość świata i umiejętności społeczne (interpersonalne), nasza szkoła uczy pisania, czytania i rachunków. A umiejętności społeczne u nas kształci gimnazjum (choć powinno rozwijać indywidualne zainteresowania i zdiagnozowane predyspozycje). Przy takiej edukacji, to nawet dzieci odechciewa się mieć.

Polskiej oświacie potrzeba rewolucji (nie reformy). Potrzeba jej wprowadzenia naturalnego marketingowego spojrzenia w każdej sferze zarządzania (w tym zarządzania ludźmi). I oczywiście nie jest to zaszłość z ostatniego roku, czy czterech, ale pani minister edukacji należą się potężne baty za to, że nasze dzieci coraz bardziej odstają od swoich europejskich rówieśników. Bo jeśli tam można, to dlaczego u nas nie?

dr hab. Adam Grzegorczyk

Miód, mleko i bączki

Piórem analityka…

Zbliżamy się do objęcia przez Polskę prezydencji w Unii Europejskiej. Trwają przygotowania, kilka tygodni temu okazano nam logo tej prezydencji, które składa się z sześciu skierowanych ku górze odręcznie wymalowanych, różnokolorowych strzałek. I co odpowiedzieć na pytanie, czy to dobre logo? Logo, jak logo. Jest symboliczne, bo strzałki do góry oznaczają wzrost. Dlaczego różnokolorowe? Bo różne kraje należą do UE (tak sam to sobie uzasadniam, trochę nawiązując do kolorów Benettona). Dlaczego sześć tych strzałek? Nie wiem za bardzo, ale może dlatego, że sześć miesięcy trwa prezydencja? Jest współpraca, bo strzałki stykają się ze sobą. I jest polska flaga taka, jak w logo Solidarności, jest więc odwołanie historyczne do styropianu, najlepsze, jakie aktualnie mamy. Jest też legenda, bo autorem logo jest Jerzy Janiszewski, autor logotypu Solidarność. Ale czy to logo polskiej prezydencji jakoś porywa, to na pewno nie. Na pewno mogłoby być lepsze.

Refleksyjnie rodzi się pytanie jaka będzie ta prezydencja. W Internecie wyświetla się pytanie: "Dlaczego Prezydencja to szansa i wyzwanie dla Polski?" i odpowiedź odpowiedniego ministra. I ani jednego ważnego, adekwatnego do sytuacji stwierdzenia. A w najbliższym półroczu najważniejsze będzie dla Unii, czy Grecja z niej wypadnie, jak rosnąć będzie dług Irlandii, Portugalii, Włoch, czy Hiszpanii, czy niepokoje w krajach południa Europy (a wcześniej północnej Afryki) przekształcą się w jakiś nowy, być może ponadnarodowy ruch obywatelski, a dla Polski czy polski złoty nadal będzie słabnąć, czy inflacja będzie rosła, kto wygra wybory. I polska prezydencja w tych warunkach jawi się jako piekielnie trudna.

Polska administracja rządowa, obejmująca przewodnictwo w UE, będzie zmuszona do rozwiązywania problemów, z którymi wewnątrz kraju radzi sobie wyłącznie metodami propagandowymi. Jak Donald Tusk zamierza wpływać na konflikt społeczny w Grecji? Wyselekcjonuje satelitarnie największego ulicznego krzykacza i zaprosi go do pracy w rządzie? Papandreu się to już nie powiodło, więc dlaczego ma się udać Tuskowi? Powoła komisję śledczą, żeby przykryć skalę i problematykę protestów? Tak można rządzić w niewielkim kraju, jakim jest Polska, przy bardzo ograniczonym zainteresowaniu obywateli sprawami społecznymi. W Europie fala niezadowolenia przelewa się przez tamy, a na wałach przeciwpowodziowych Tusk sprawdza się nie nadmiernie.

Jako gadgety polskiej prezydencji zaproponowano drewniane bączki, mleko, miód i krawaty. I nawet jeśli odejść od problemów, jakie muszą zostać rozwiązane w Unii, to i te gadgety dla Polski dość kompromitujące. Utrwalają stereotyp polski jako zacofanego kraju rolniczego, oferujące produkty nisko przetworzone, wprawdzie naturalne, dobrej jakości, ale proste. Jesteśmy eksporterem mebli, no niech będzie bączek, krawaty, bo mamy dużą produkcję odzieżową, ale Polacy przecież opatentowali niebieski laser, dlaczego nie nawiązać do tego rodzaju osiągnięć? Prezydencja jest szansą dla Polski tylko z jednego powodu: abyśmy pozbyli się niekorzystnych stereotypów i budowali nowoczesny wizerunek zgodny z naszą tożsamością: przedsiębiorczego, zdolnego narodu, gotowego do wysiłku i poświęceń, ale mającego swoje aspiracje i nadzieje. Ale z tej tożsamości w tej prezydencji nie będzie nic.

dr hab. Adam Grzegorczyk

Ostatnie 5 minut Joanny K.

Piórem analityka…

Zażenowany czuję się, podejmując ten temat, ale wszystkie media naokoło huczą tą historią. Na początku lat 80-tych dywagacje dotyczyły tego, wejdą, czy nie wejdą. Dziś poważni ludzie deliberują: wyjdzie czy nie wyjdzie. A jak wyjdzie, to czy wejdzie. Choć sprawa jest chyba obrzydliwie trywialna.

Kilka miesięcy temu Joanna Kluzik-Rostkowska, szefowa sztabu wyborczego kandydata na prezydenta Jarosława Kaczyńskiego i była współpracownica zmarłego tragicznie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, skrytykowana i zmarginalizowana w partii, zdecydowała się opuścić szeregi Prawa i Sprawiedliwości i wspólnie z grupą podobnie myślących polityków założyć nowe ugrupowanie, którego celem miało być krzewienie ideałów podnoszonych w niedawno zakończonej kampanii prezydenckiej i programu ś.p. prezydenta. Po tych kilku miesiącach, wobec nikłego wyniku sondaży nowo utworzonego ugrupowania, Pani Joanna zdecydowała się zrezygnować z przewodzenia PJN. Dalej nie wiem, a spekulacje dotyczą tego, że jutro pojawi się na kongresie zawsze atakowanej przez nią Platformy Obywatelskiej i dołączy do jej szeregów.

Nie mogę wykluczyć, że tak się stanie. Dla ludzi zanurzonych w politykę, to udział w niej jest celem. Więc może być tak, że Joanna Kluzik-Rostkowska przestała wierzyć w sukces swojego dziecka i ratuje skórę, przechodząc do ugrupowania gwarantującego miejsce w sejmie kolejnej kadencji. Tyle, że to nie tylko zdrada, ale zdrada perfidna. I takie wyłącznie mogą być komentarze dla takiej (ewentualnej) decyzji.

Trzeba w tym miejscu zauważyć, że Joanna Kluzik-Rostkowska jest politykiem o bardzo lichym warsztacie (czemu pokaz dała m.in. podczas sejmowej debaty o OFE), a jeszcze gorszym partyjnym przywódcą. Brak programu nowej partii jeszcze da się uzasadnić postpolitycznym nastawieniem naszego społeczeństwa. Ale Pani Joanna nie zadbała nawet o stworzenie jakiegokolwiek zaplecza eksperckiego, które na ewentualny sukces nowej partii miałby pracować. Nie wykorzystała potencjału wynikającego z osłabienia zarówno Jarosława Kaczyńskiego (strategiczno-mentalnego), jak i PO (poparcie społeczne). Nie wykorzystała zatem niczego z potencjału, jakim dysponowała.

Obalmy też złudzenia. Platforma może być zainteresowana tą kandydaturą nie dlatego, że to jest wybitny polityk i ma zdolność mojżeszowego prowadzenia narodu, ani dlatego, że obecność tej pani na listach PO osłabi któregokolwiek z jej konkurentów (a jestem gotów poważnie bronić tezy, że po odejściu JKR PJN zacznie zyskiwać w sondażach), ale dlatego, że od lat PO jest słaba na Śląsku, a po rewolcie Palikota z Kutzem na czele, w tym okręgu Platforma nie ma dobrych kandydatów. Jest to zatem podobna próba przyciągnięcia lokalnego elektoratu, jak w eurowyborach z udziałem Mariana Krzaklewskiego. Jest to ta sama strategia, co z Arłukowiczem (do sejmu ze Szczecina) i Pioniorem (do senatu z Wrocławia, gdzie PO jest poważnie zagrożona aktywnością prezydenta Dutkiewicza).

Polacy są przywiązani do tradycji, wartości, honoru. To główne kategorie wyborów politycznych. Dlatego nie oddadzą głosów na Joannę Kluzik-Rostkowską, startującą z listy PO. Partia kreuje w ten sposób wizerunek politruków, dążących do władzy za wszelką ceną, przy wykorzystaniu przekrętów, zdrad i kłamstw. I to w Polsce nie popłaca. A Joanna Kluzik-Rostkowska może skończyć jak Krzaklewski: zhańbiony, oderwany od pierwotnych zwolenników i bez mandatu.

dr hab. Adam Grzegorczyk

Koalicja PO-PiS po wyborach? Nie wykluczam.

Piórem analityka…

Dziwna jest mechanika toczącej się nieformalnie kampanii wyborczej. Główni przeciwnicy-konkurenci dość bezładnie okładają się licznymi, słabymi ciosami tak, jakby nie chcieli wzajemnie zrobić sobie krzywdy. Pozornie walczą o zwycięstwo, ale chyba po żadnej ze stron nie ma istotnego przekonania, że pełna wygrana, dająca po wyborach możliwość samodzielnego rządzenia, jest możliwa do osiągnięcia. A że pozostali uczestnicy tego wyścigu są słabi i nieprzewidywalni, zupełnie nie wiadomo, co się wydarzy.

Główni gracze zdają sobie sprawę z głównych okoliczności tej rozgrywki: pogłębiający się (choć nie nazwany) kryzys finansów publicznych prowadzących wprost do coraz bardziej prawdopodobnego załamania gospodarczego, spadek nastrojów społecznych do poziomu sygnalizującego niebezpieczeństwo powstania obywatelskiego, oddolnego ruchu, brak reprezentacji politycznej zauważalnej części społeczeństwa. W tych okolicznościach rozsądni rządzący muszą rozważać ewentualność czasowego pozbycia się władzy dla uniknięcia odpowiedzialności za negatywne skutki aktualnej sytuacji, z myślą o ponownym jej przejęciu po załamaniu się polityki ich przeciwników lub w wyniku pogarszania się indywidualnej sytuacji ekonomicznej obywateli pod wpływem wprowadzonych z konieczności reform. Jednak w obecnych polskich warunkach jest jeszcze jedna ewentualność: rząd zgody narodowej utworzony na specjalny czas kryzysu przez oba dominujące ugrupowania, uzasadniony koniecznością wprowadzenia głębokich reform systemowych w państwie ze zmianami konstytucji włącznie i wymagający szerokiego zaplecza parlamentarnego.

Z politycznego punktu widzenia tego rodzaju rozwiązanie byłoby korzystne dla obu stron: Platforma pozbywałaby się odpowiedzialności za problemy gospodarcze pod warunkiem braku rozliczeń, Donald Tusk pozbywałby się w ten sposób coraz bardziej niewygodnego i nieudacznego ministra Rostowskiego, zamieniając go na odpowiedniego ekonomistę z PiSu (być może Zytę Gilowską). Podobnie chętnie PO oddałaby nadzór nad innymi resortami, w których sobie nie radzi (infrastruktura, nauka, oświata), utrzymując jednak kontrolę nad resortami, w zakresie których doświadczenia IV Rzeczypospolitej były najgroźniejsze: spraw wewnętrznych i administracji, sprawiedliwości. PiS miałby w ten sposób możliwość powrotu do rządzenia. W tym układzie premierem musiałby zostać bezpartyjny fachowiec (choć tu stronom byłoby zapewne trudno dojść do porozumienia) lub… Jarosław Kaczyński. Donald Tusk musiałby pozostać poza rządem i zadowolić się funkcją marszałka Sejmu, ale wobec jego nie euforycznego podejścia do pracy, zapewne byłoby mu to wygodne, mając w perspektywie objęcie (jeszcze w tej kadencji) odpowiednio poważnej funkcji w strukturach unijnych. Z atmosfery przedwyborczej pozostałby konflikt Jarosława Kaczyńskiego z prezydentem, całkiem wygodny dla PO i Tuska.

Tę opowieść baśniową prezentuję jako czystą prognozę, nie mam żadnych dowodów, że tak będzie, jednak znane i nieznane okoliczności wskazują na istotne jej prawdopodobieństwo. Być może uczestniczymy w grze, w której jest już pozamiatane?

dr hab. Adam Grzegorczyk

Tu nie będzie rewolucji?

Piórem analityka…

Tytuł felietonu pożyczyłem od jednej z moich ulubionych zimno falowych kapel z połowy lat 80-tych, rzeszowskiego zespołu 1984 (nazwa jest nie przypadkowym nawiązaniem do Orwella). Ale zarówno ta piosenka, jak i kolejna pod tym samym tytułem w wykonaniu Big Cyca po deklaracji "Tu nie będzie rewolucji" stawia kropkę, a nie znak zapytania.

Przygotowując obecnie do druku książkę "Platforma Obywatelska. Diagnoza" i analizując poszczególne parametry postaw i nastrojów społecznych, a także warunki ekonomiczne i atmosferę w międzynarodowym otoczeniu politycznym dochodzę do wniosku, że Polska jest na skraju rewolucji. Rewolucji klasycznej, choć w odróżnieniu od ruchu "Solidarności" nie klasowej.

Obecna "Solidarność", wyprowadzając ludzi na ulicę, skupia się na wytwarzaniu wrażenia. Te działania nie służą rozwiązywaniu problemów, ani nie są realizowane w rzeczywistym interesie społecznym. Każdy z protestujących, domagając się podniesienia płacy minimalnej, uzyskuje wynagrodzenie znacznie od tego minimum wyższe. Żaden z protestujących, domagając się uruchomienia środków na pomoc społeczną i aktywizację zawodową, nie spełnia warunków do ich otrzymania. Protest jest pusty, nadęty, wykorzystujący okoliczność zbliżających się wyborów. Nic z niego nie będzie, nie będzie z niego także niczego dobrego, bo zwiększenie wydatków socjalnych i podniesienie płacy minimalnej jedynie bije w tych najbardziej dziś dotkniętych kryzysem. W młodzież.

Czeka nas rewolucja pokoleniowa. Obecna młodzież (definiowana demograficznie jako osoby w wieku 18-25 lat), ale także pokolenie 25-45 lat, nie mają żadnej reprezentacji politycznej, ani społecznej. Czasowe umizgi poszczególnych środowisk politycznych do tej grupy mają perfidnie niski cel: wynik wyborczy. Ale to pokolenie jest mądre. Jest wykształcone, ma bieżący dostęp do informacji, potrafi posługiwać się nowoczesnymi technologiami. Świadomie patrzy na świat i zauważa wiosenną rewolucję w Tunezji, Egipcie, Syrii itd. Widzi rozruchy w Grecji i jednoczenie się pokoleniowe w Hiszpanii. A jednocześnie jest sfrustrowane jak nigdy i całkowicie nieaktywne. Ogarniająca młodych ludzi apatia jest groźna nie tylko dla nich samych, ale przede wszystkim dla rządzących (całkowicie wbrew ich oczekiwaniom).

Pokoleniowa rewolucja zniesie rządzącą klasę polityczną. Rozliczenia będą straszne. Ukarani zostaną nie tylko rządzący (młodzież nie ma skrupułów, może na zimno oceniać występki i karać je bez oglądania się, czy ktoś był ministrem, czy premierem), ale też i starsze pokolenie. Młodzieży nie wpojono zasady solidaryzmu społecznego, więc dlaczego ma się dzielić dorobkiem swojej pracy ze starymi. Utyskujemy, że przyszłe emerytury będą stanowić 30% ostatniego wynagrodzenia. Żeby tak było…

Żadna z liczących się partii politycznych w Polsce nie ma programu dla ludzi młodych, nie ma pomysłów, ale przede wszystkim nie dostrzega ich problemów. Bo są pozornie banalne: edukacja, praca, rodzina. We wszystkich tych sferach następuje katastrofalna degradacja dotykająca właśnie młodego pokolenia. A młodzi ludzie nie są dopuszczani do głosu i do władzy nawet na poziomie samorządowym. Kobiety mają parytet. Młodzież ma… się bawić.

Co wywoła tę rewolucję i kiedy ona przyjdzie? Nie wiem, ale wiem, że nie będzie to zorganizowanych ruch (na jaki chyba liczył Palikot). Upływ czasu i zmieniające się warunki ekonomiczne zwiększają jej szanse. Wydarzy się w okresie najbliższych dwóch lat, prawdopodobnie jesienią (to zwyczajowy czas próby podjęcia pracy przez kolejny rocznik absolwentów i okres końca prac sezonowych) . Rewolucję wywoła impuls niespodziewany, którego skutków rządzący nie będą potrafili docenić. Będzie to impuls o charakterze informacyjnym, fakt, wiadomość, bo ta rewolucja nie będzie bazować na emocjach. Impuls dokona gwałtownego przeobrażenia postaw ze skrajnego stanu apatii do stanu euforii. Bo to będzie rewolucja pozytywna, racjonalna, na zimno. I to nie będzie koniec świata.

A jeśli lubicie muzykę zimnofalową, to posłuchajcie: http://www.youtube.com/watch?v=pYfnWL7RAf8

dr hab. Adam Grzegorczyk

Napieralski na premiera!

Piórem analityka…

Odejście Bartosza Arłukowicza do PO nie jest przypadkiem. Z perspektywy PO to szczwany zabieg, który ma zagwarantować zwycięstwo wyborcze w lewicującym Szczecinie oraz punkt czy dwa w sondażach krajowych z mocno złudną nadzieją na utrzymanie ich w wyborach. Bo Arłukowicz to lewica, a Platforma musi walczyć o lewicowy elektorat, nawet ryzykując poważne osłabienie prawego skrzydła i wzmocnienie PJN (co już się zdarzyło w Łodzi).

Ludzie o poglądach lewicowych stali się języczkiem u wagi w perspektywie nadchodzących wyborów. Paradoksalnie, tendencję przyrostu elektoratu o tego rodzaju poglądach obserwujemy od czasu katastrofy smoleńskiej. Oczywiście, nie jest to elektorat jednolity. Oprócz grupy tradycyjnie identyfikującej się z lewicą (obecny elektorat SLD), z powodów czysto ekonomicznych lewicujące inklinacje zaczęła wykazywać dominująca część młodzieży w wieku 18-25 lat (już w wyborach prezydenckich blisko połowa tej grupy, wbrew uprzedzeniom ideologicznym, poparła Jarosława Kaczyńskiego), porzucając fascynację liberalną ekonomią i Donaldem Tuskiem (powody starczyłyby na całą książkę). Drugą częścią niezagospodarowanego elektoratu sprofilowanego prospołecznie są (znowu paradoks) osoby w wieku 25-45 lat, z wyższym wykształceniem, mieszkające w dużych miastach, młoda polska inteligencja. I prawdopodobnie o tę grupę (o jej odzyskanie) walkę toczy PO.

Nie można zakładać, aby Grzegorz Napieralski nie miał świadomości tych okoliczności. Podstawowym jest zatem pytanie dlaczego nie podejmuje żadnych prób, aby ten potencjalny elektorat, a programowo sobie bliski (szacowany nawet na 15-20% wyborców) okiełznać i pozyskać. Przecież tak wzbogacone SLD mogłoby nie tylko przeskoczyć w sondażach PiS, ale podjąć równą walkę o zwycięstwo wyborcze z SLD. Napisałem SLD? To freudowska pomyłka. Walkę o zwycięstwo wyborcze z PO. Ale skąd taka pomyłka? Ano stąd, że powodem zaniechań Napieralskiego jest właśnie hipotetyczna walka o przywództwo w SLD. Napieralski bardziej boi się oponentów w partii i ewentualnych osobowości, którymi musiałby się otoczyć, aby walczyć o zwycięstwo w wyborach, niż przeciwników w postaci PO czy PiS. Napieralskim coraz silniej kieruje obawa przed oddaniem władzy w partii. Na co zatem liczy? Kalkulacja lidera SLD wydaje się mimo wszystko dość perfidna: przy obecnym układzie sił, przy uzyskaniu 15-18% głosów w wyborach, SLD będzie trzecią, a być może ostatnią partią reprezentowaną w sejmie. Jednak istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że PO nie uda się samodzielnie zbudować większości i koniecznością stanie się tworzenie rządu koalicji. Nie jest oczywiste, jaka to będzie koalicja. W wypowiedziach publicznych Napieralski odżegnuje się od rozmowy na ten temat, nie wykluczając żadnego rozwiązania, dopuszczając tym samym także koalicję z PiS. Z perspektywy Napieralskiego taka koalicja miałaby tylko jeden sens: jedynie w tym układzie miałby szanse zostać premierem. Za powrót do władzy PiS zapewne byłby gotów zapłacić cenę równą stanowisku premiera. Ziściłyby się deklaracje prezydenta Komorowskiego, że premierem nie musi być lider zwycięskiego ugrupowania.

Napieralski popełnia podstawowy błąd logiczny. Obawiając się rozłamu lub zamachu stanu w partii przed wyborami, pomija okoliczność utraty części posłów na rzecz PO (Katarzyna Piekarska, Ryszard Kalisz i inni bez oporów i skrupułów dołączą do Arłukowicza) już po wyborach i po deklaracji SLD przystąpienia do koalicji z PiS. Napieralski zapomina, że perspektywa czterech lat kadencji rozluźnia więzy partyjne, a wielu potencjalnych parlamentarzystów SLD nie zechce swoimi nazwiskami firmować koalicji z Jarosławem Kaczyńskim. W tych okolicznościach rząd utworzy jednak samodzielnie PO, a premierem będzie Donald Tusk. Kalkulacje Napieralskiego są zatem z założenia fałszywe, a wizja premierowania zaburza zapewne zdolność racjonalnego myślenia.

dr hab. Adam Grzegorczyk

Ucieczka Prezydenta Komorowskiego

Piórem analityka…

Od kilku tygodni doradcy Prezydenta Bronisława Komorowskiego wsławiają się spektakularnymi wypowiedziami. Wszystkie z nich stanową nowy wymiar jakości wypowiedzi retorycznej: są na temat, drwiące i na pograniczu dobrego smaku.

W tej nowej retoryce przodują Roman Kuźniar i Tomasz Nałęcz, choć przebłyski takiego geniuszu zdarzają się także Janowi Lityńskiemu, Jerzemu Osiatyńskiemu i Stanisławowi Koziejowi. Wrzutki o tym, że Jarosław Kaczyński pójdzie do piekła i nie wie, ile jest bramek na boisku, MSZ jako nastolatka w ciąży oraz stójka na dwunastnicy przyciągają każdorazowo na kilka dni uwagę opinii publicznej. To nie są zwykłe wypowiedzi, są wynikiem kreatywnej pracy zespołu specjalistów, który najwyraźniej został utworzony w Kancelarii Prezydenta. Prezydent nie reaguje na popisy swoich ministrów, można zatem wnioskować, że te harce odbywają się za jego wiedzą i zgodą. Wypowiedzi prezydenckich doradców dotyczą nie tylko oponentów politycznych PO, niektóre z nich trafiają w dotychczasowe środowisko polityczne prezydenta. Czemu zatem służą?

Zarówno układ personalny Kancelarii Prezydenta, jak i opisane powyżej okoliczności dowodzą, że Bronisław Komorowski postanowił odłączyć się od tracącej społeczną popularność Platformy Obywatelskiej i budować własny obóz. Nie dość jeszcze dojrzały, aby samodzielnie wziąć udział w wyborach parlamentarnych, ale już wystarczająco zauważalny, aby stanowić kontrapunkt dla nieudacznych ministrów i nieruchawych posłów PO. W Platformie trwa walka o miejsca na listach. W komentarzach nie brak głosów o staraniach poszczególnych frakcji partyjnych objęcia najbardziej atrakcyjnych pozycji. Jednak pod tą pianą wzburzonych wód prowadzone są także starania ze strony Kancelarii Prezydenta, aby na tych listach pojawili się ludzie byłej Unii Wolności. Ich sukces pozwoli po wyborach wyodrębnić w parlamencie frakcję sprzyjającą Prezydentowi, a w przypadku kłopotów z integralnością PO, może być sposobem stworzenia nowego bytu na polskiej scenie politycznej, zakorzenionego w Pałacu Prezydenckim.

dr hab. Adam Grzegorczyk

Sikorski, Kudrycka i kibole. Zwykli chuligani

Piórem analityka…

Media trąbią o zadymie w Bydgoszczy. Premier wypowiedział wojnę kobilom. Wojewodowie mazowiecki i wielkopolski zamykają stadiony. Ale znika gdzieś podstawowy problem: zachowanie tych kibiców stanowi naruszenie prawa i powinni oni być za to sądzeni i ukarani.

Polska jest krajem bezprawia, ale wzorce płyną z góry. Wyrywanie ogrodzenia, rzucanie krzesłami, bójki z policją, to wszystko ma źródło w politycznym klimacie naszego kraju. Patrzymy i widzimy powszechne przypadki łamania prawa lub przynajmniej lekceważenia prawa w zachowaniach i wypowiedziach najwyższych polskich urzędników.

Trzy dni temu, komentując śmierć Osamy ben Ladena, Radosław Sikorski rozsądził: "Mieliśmy do czynienia ze zbirem, winnym śmierci tysięcy osób" oraz "Sprawiedliwości stało się zadość". Jednocześnie oświadczył, że w tym przypadku resocjalizacja byłaby nieskuteczna, więc nie byłoby sensu ben Ladena sądzić. Oznacza to ni mniej ni więcej: "Wprowadźmy karę śmierci, a o jej wydaniu będą decydować politycy". A gdzie Monteskiusz?

Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Barbara Kudrycka, oznajmiła kilka tygodni temu, że do czasu zakończenia problemów budżetowych zamierza wstrzymać się z wydaniem rozporządzenia umożliwiającego uczelniom niepaństwowym uzyskiwanie dotacji na prowadzenie studiów stacjonarnych (dziennych). Konstytucyjny minister składa tym samym deklarację nieposłuszeństwa wobec władzy ustawodawczej, która nałożyła na nią taki obowiązek. Rzekomym uzasadnieniem tej deklaracji jest interes społeczny - braki budżetowe.

Ciekawy jest w tym przypadku aspekt poczucia bezkarności ministra naruszającego jawnie i świadomie porządek prawny. No bo co niby ktoś Pani Minister zrobi? Nic, interes społeczny.

Od 2007 roku Barbara Kudrycka konsekwentnie odmawia przyznawania pewnej grupie polskich uczelni (a jest ich przeszło 300) środków na badania, pomimo, że są one do nich uprawnione ustawą. W środowisku tych uczelni pusty śmiech wywołują deklaracje priorytetów polskiego rządu w postaci rozwoju, innowacji i gospodarki opartej na wiedzy. Nie oszukujmy się dłużej: Polska marnotrawi czas i środki dostępne na badania i rozwój pochodzące z budżetu UE. Ostatnia publikacja Banku Światowego dowodzi, że to właśnie zaniedbania w zakresie edukacji i badań będą przyczyną polskiej recesji w 2012 roku. Ciekawe, czy uzasadnieniem tych zaniechań także będzie interes społeczny. Czy ktoś za to odpowie?

I ciekawe, czy sprawy stadionowych chuliganów także zakończą się umorzeniem. W końcu swoim zachowaniem zwracają uwagę na braki w zabezpieczeniach stadionów przed Euro 2012. A to przecież także interes społeczny.

dr hab. Adam Grzegorczyk

Woda z mózgu

Piórem analityka…

Doradca Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, Roman Kuźniar, korzystając z autorytetu wynikającego z tytułu naukowego profesora oraz w oparciu o swoją najlepszą wiedzę, podczas audycji w Radiu Tok FM w dniu 12 kwietnia br. odkrył, że Jarosław Kaczyński pójdzie do piekła. To kluczowe dla polskiej nauki odkrycie poczynione przez specjalistę do spraw stosunków międzynarodowych znacząco przybliża nas do uznania państwowości Piekła (prawdopodobnie na prawach zbliżonych do Watykanu) i wyznaczenia w nim pełnomocnego ambasadora. Ta ironia jest wymuszona. Wynika poniekąd z osobistego zażenowania niżej podpisanego, a poniekąd z irytacji.

Naukowcy trwonią swój autorytet, angażując się w prymitywne, utylitarne działania. Naukowcy w polityce, reklamie, show-biznesie, bazując na autorytecie uzyskanym przez całe środowisko akademickie, realizują swoje indywidualne interesy lub aspiracje, służące ich karierze. Porzucają akademicką konwencję i aparat. Odrzucają naukową odpowiedzialność za słowo. Ale pozostają przy tytule naukowym, który wyznacza ich status. Ten mechanizm bywa stosowany coraz częściej i to przez osoby sympatyzujące z rożnymi środowiskami politycznymi. W tym miejscu był wcześniej akapit o etyce. Opisywał sytuacje wielomiesięcznego głoszenia określonych poglądów i ocen z perspektywy rzekomego obiektywnego eksperta, a następnie przyjęcia propozycji kandydowania w wyborach lub objęcia urzędu z ramienia swojego politycznego mocodawcy. Ale uznałem, że nie jestem etykiem i w tych kategoriach nie będę nikogo oceniał. Interesuje mnie wyłącznie wymiar komunikacyjny tego rodzaju zachowań i jego skutki.

Naukowcy jako grupa zawodowa (osoby posługujące się tytułem profesora) cieszą się w Polsce największym zaufaniem opinii publicznej. Ten szacunek i zaufanie nie wynikają z indywidualnych dokonań (poza szczytnymi wyjątkami), a z przeniesienia tej postawy z całego środowiska akademickiego na indywidualnych jego przedstawicieli. A to przeniesienie skutkuje poczuciem wiarygodności wypowiadanych przez te pojedyncze osoby twierdzeń i sądów.

Dla przyjęcia poglądów politycznych wymagane jest zaledwie średnie (lub niskie) zaangażowanie. Mechanizm autorytetu sprawia, że mając zaufanie do źródła, jesteśmy gotowi przyjąć za prawdziwe twierdzenia tego źródła pod tym warunkiem, że zagadnienie nie wymaga istotnego zaangażowania, a im niższe wykształcenie odbiorcy, tym wpływ ten jest większy. Naukowcy są zatem znakomitym narzędziem kształtowania postaw opinii publicznej w sposób zgodny z oczekiwaniami polityków. Trzeba przy tym jednak zauważyć, że poglądy autorytetów skrajnie niezgodne z opiniami odbiorców zostają odrzucone, ale także postawa wobec takiego autorytetu ulega istotnemu przewartościowaniu (na niekorzyść). Autorytety sprawdzają się zatem w zakresie treści neutralnych lub takich, wobec których odbiorca nie posiada wyrobionych poglądów.

Odrębnym zagadnieniem jest, iż postawy nie są tożsame z zachowaniami. Oddanie głosu w wyborach wymaga już istotnego zaangażowania. W takich warunkach wyborca podejmuje decyzje nie tylko na podstawie przekonań ukształtowanych m.in. w oparciu o poglądy autorytetów, ale także kierując się (często krótkotrwałymi) emocjami i działając pod wpływem impulsu. Ta teza stoi (jako jedno z uzasadnień) u podstaw rozbieżności pomiędzy notowaniami sondażowymi, a wynikami wyborów. Analiza historyczna dowodzi, że w każdych wyborach rzeczywisty wynik ugrupowań lub kandydatów masowo wspieranych przez inteligencję jest niższy, aniżeli poprzedzające je sondaże.

Politycy wykorzystują naukowców do kreowania odpowiednich poglądów opinii publicznej. Skutkuje to krótkotrwałymi zmianami deklarowanego poparcia społecznego i utratą wiarygodności tych naukowców. Nie wpływa jednak w dłuższej perspektywie na wyniki wyborcze. Więc czy warto?

dr hab. Adam Grzegorczyk

Kaczyński jedzie efektem śpiocha

Piórem analityka…

Rocznica zawsze skłania do refleksji, analiz, podsumowań. Jaki był ostatni rok? Co się wydarzyło? O czym mówiono w polskiej debacie politycznej? Analiza treści wypowiedzi polityków na podstawie serwisu www.napisali.pl daje ciekawe wnioski.

Jest tylko jedno ugrupowanie, którego komunikowanie można uznać za konsekwentne, spójne, intencjonalne i świadczące o istnieniu jakieś strategii. Tym ugrupowaniem jest PiS. Taka konkluzja od razu wywoła sprzeciwy: Jarosław Kaczyński zmienił drastycznie sposób komunikowania po porażce w wyborach prezydenckich, a latem 2010 roku większość analityków (w tym także niżej podpisany) twierdziła, że nastąpił zmierzch tej gwiazdy. Tymczasem on odrodził się z popiołów (w przenośni i dosłownie), zdominował sobą kanały komunikacji politycznej i odzyskał uprzedni poziom notowań opinii publicznej. Dlaczego?

Jeśli komuś ma rosnąć, komuś musi spadać. I za wyjątkiem lewicy, spada wszystkim innym. Platforma nie tylko utraciła świeżość komunikowania się z obywatelami, ale także wyraźnie utraciła wolę i chęć takiego komunikowania. Wyraźnie zabiera głos tylko „wywołana do tablicy”, w reakcji na wydarzenia zachodzące w jej środowisku, najczęściej niekorzystne dla jej wizerunku. Jeden z najczęściej pojawiających się w mediach przedstawicieli PO, Stefan Niesiołowski, do perfekcji opanował odmianę rzeczowników: oszołom, patologia i bełkot oraz przymiotników: absurdalny i bezczelny. Słowa te, intensywnie nacechowane emocjonalnie, nie niosą żadnych treści. I taka jest aktualna komunikacja całej PO. Skutek: Jarosław Kaczyński jest cytowany w mediach o przeszło 50% częściej, niż premier.

PJN generuje tylko jeden temat swoich wypowiedzi: Jarosław Kaczyński. Naprzemiennie jest do apoteoza i krytyka niedawnego szefa. PSL w mediach nie istnieje, dzięki temu tak błyszczy w nich poseł Kłopotek ze swoimi pozornie dowcipnymi wypowiedziami. SLD umieszcza wypowiedzi w mediach tylko po to, by w nich być. Ogarnięty narkotyczną euforią niezrozumiałego dla siebie przyrostu popularności, stary koń Napieralski, nie mając nic do powiedzenia, narcystycznie epatuje relatywną młodością. Szkoda lewicy, przy innym układzie personalnym miałaby szanse na notowania przekraczające 30% poparcia, odwrócony po Katastrofie Smoleńskiej trend jest bowiem w społeczeństwie źródłem preferencji dla poglądów liberalnej ideologii i ekonomicznej opiekuńczości państwa. Ale tu dążenie do utrzymania władzy w partii dominuje nad chęcią przejęcia władzy w państwie.

Jarosław Kaczyński konsekwentnie generuje jeden kontent komunikacyjny: „Donald Tusk jest złym człowiekiem. Manipuluje ludźmi. Oszukuje Polaków. Działa na szkodę Polski”. Kaczyński ma znakomitą intuicję komunikacyjną, którą konsekwentnie wykorzystuje. Dlatego Tuskowi spada.

Jarosław Kaczyński jest niewiarygodny dla większości Polaków. To, co mówi, wprawdzie przyciąga uwagę, ale jest zbyt radykalne. Eksperyment ujawnił, że fragmenty „Raportu o stanie Rzeczypospolitej” uzyskują o przeszło 50% większą akceptację i identyfikację poglądów wśród grup respondentów nie wiedzących, że autorem jest lider PiS. Ale mimo to, komunikaty wypowiadane przez Kaczyńskiego docierają do odbiorców. W latach 50-tych ubiegłego wieku w komunikacji społecznej stwierdzono występowanie tzw. efektu śpiocha, polegającego na osłabieniu i zanikaniu z czasem wpływu źródła na ocenę treści komunikatu. Oceny Kaczyńskiego docierają do odbiorców i są odrzucane ze względu na osobę nadawcy. Z czasem pochodzenie tych słów zaciera się w świadomości odbiorców, ale treść w niej pozostaje. I Tusk traci. Ale przecież nie chodzi tylko o to, żeby Tuskowi spadło, ale także, aby Kaczyńskiemu rosło. I tu już brakuje kompetencji.

dr hab. Adam Grzegorczyk

Całkowity humoru brak

Piórem analityka…

Decyzje parlamentu ograniczają przestrzeń komunikacji politycznej. Kampania wyborcza schodzi z bilbordów, rezygnuje ze spotów. Powracamy do starych, tradycyjnych form komunikacji bezpośredniej, wypowiedzi i debat. Ale jest w nich także coś zupełnie nowego.

PiS opublikował Raport o stanie Rzeczypospolitej. Zbiór 56 felietonów, krótkich, precyzyjnych, stanowczych. Brak w nich szczegółowej faktografii i głębokich analiz. Ale celem tego zbioru (który prawdopodobnie niedługo pojawi się drukiem) nie jest dotarcie do przeciętnego Polaka. 99,9% obywateli tego tekstu nie przeczyta, bo po pierwsze: nie czyta w ogóle, po drugie: jeśli czyta, to tylko podpisy do fotografii, po trzecie; ci którzy czytają, mają znacznie ciekawsze teksty niż subiektywne wynurzenia Jarosława Kaczyńskiego. Kto zatem przeczyta? Konkurenci polityczni, dziennikarze, liderzy opinii. I to już się stało. Przez media przetacza się debata o tym tekście: że jest nieobiektywny, że skrajny, że schizofrenia (nadworny psychiatra - Niesiołowski). Komunikat, który dociera do 99,9% opinii publicznej jest taki: "Kaczyński opisał swoją wizję Polski, większość się z nią zupełnie nie zgadza". Ale ta (spora) mniejszość, na której Kaczyńskiemu zależy, zrozumie: "Kaczyński ma coś ważnego do powiedzenia, ONI znowu chcą mu to utrudnić, trzeba się konsolidować i go wspierać". Im więcej czasu media poświęcają na krytykę tego raportu i im więcej jest wypowiedzi kwestionujących jego obiektywizm, tym większy efekt ten raport osiąga. Celowo posługuję się oczywistym uproszczeniem, ale forma felietonu na to pozwala, a czytelnik inteligentny, to zrozumie.

Od pewnego czasu Kaczyńskiemu udaje się narzucać opinii publicznej swoje scenariusze narracji. Błaszczak i Olejnik (1 dzień debaty medialnej), zakupy i drożyzna (4 dni), nie wyszło z votum nieufności wobec ministra skarbu, ale jest Raport. PiS jest w swoim żywiole, ma zdolność generowania kontekstów medialnych i na tym wygrywa. Znacznie słabiej na tym polu radzi sobie Napieralski, sukcesów dostarczają SLD politycy drugiego szeregu: np. Marek Balicki i idea liberalizacji ustawy antynarkotykowej sprowokowała dwudniową debatę. PO zachowuje się reaktywnie, licząc, że narracja jej przeciwników odwróci uwagę opinii publicznej od problemów, z którymi boryka się rząd.

Prima Aprilis nastraja żartobliwie. Ale w polskiej debacie publicznej dominuje smuta. Ile żartów wykorzystano w wypowiedziach publicznych w ostatnim tygodniu? Nie pamiętam. Zanika nawet klasyczna drwina. Zamiast niej mamy agresję, inwektywy, żeby chociaż kreatywne… A opinia publiczna czeka na inteligentny żart, zabawną metaforę, pieprzne porównanie. Nie tylko pierwszego kwietnia. Kogoś, kto będzie potrafił uczynić humor dominującym elementem swojego dyskursu, opinia publiczna wyniesie pod niebiosa. Media go pokochają, jego nazwisko rozpali do czerwoności serwery googlowych wyszukiwarek, widzowie będą przełączali telewizory na kanały, w których będzie występował. Musi to być jednak osoba zabawna naturalnie, a potrzeba humorystycznej narracji będzie wynikać z jej tożsamości. Czy mamy kogoś takiego na polskiej scenie politycznej?

dr hab. Adam Grzegorczyk

Propaganda górą!

Piórem analityka...

Przeprowadzona przed kilkoma dniami debata pomiędzy profesorami Leszkiem Balcerowiczem i Jackiem Rostowskim pozornie nie przyniosła rozstrzygnięcia. Okazała się konfrontacją kompetentnej bezradności z rzemieślniczą manipulacją.

Balcerowiczowi nie udało się przedstawić pełnego zakresu argumentacji, momentami wydawało się, że pewnych argumentów użyć nie chce lub nie potrafi. Okazał się także zupełnie nieprzygotowany technicznie, przyjmował razy, unosząc błagalnie ręce. Rostowski także nie zaprezentował argumentów (bo ich nie ma), jednak kilkoma pospiesznie wyuczonymi socjotechnikami skutecznie zablokował retorykę przeciwnika. Postępował wedle zasady "Przerywasz-wygrywasz", wielokrotnie zadawał to samo (zresztą nieistotne dla sensu debaty) pytanie, protekcjonalnie zwracał się do rozmówcy po imieniu. To wystarczyło.

Debata jest nauczką dla Balcerowicza. Trzeba wiedzieć, że siła argumentu zależy od posiadanej władzy. Trzeba wiedzieć, że argument nie wystarcza, trzeba umieć go przedstawić, a temu służy socjotechnika, której można się nauczyć. I trzeba wiedzieć, że pomimo przekonania o własnej racji, trzeba włożyć wysiłek w jej przedstawienie, a uprzednio się do tego przygotować (zaplanować). Trzeba. Powtarzanie w ramach narracji jest jedną z najskuteczniejszych socjotechnik.

Jednak Balcerowicz przegrał jeszcze z jednego powodu. Nie przewidział (a to można było przewidzieć), że publiczna, medialna debata o wielomilionowej oglądalności jedynie zracjonalizuje w opinii publicznej konieczność wprowadzenia zmian w ustawie o OFE. Racjonalizacja to jeden z podstawowych mechanizmów poznawczych wykorzystywanych w manipulacji. Widzowie debaty wprawdzie nie otrzymali nowych argumentów za żadnym ze stanowisk, ale wyszli z tej debaty z przekonaniem, że zmiany w OFE są niezbędne. Jakie zmiany? Jedyne zmiany w OFE proponuje Rostowski. Analiza zmiany postaw po debacie pozwala stwierdzić, że debata (i wcześniejsze działania Balcerowicza) sprzyjają łagodzeniu sprzeciwu społecznego wobec zapowiadanych zmian. Wprawdzie poglądy opinii publicznej (nieznacznie) zmieniły się w kierunku Balcerowicza, jednak siła tego poglądu (intensywność identyfikowania się z nim) spadła o 1/3. O ile przed debatą można było liczyć na jakąś formę aktywności społecznej w zakresie protestu (mogła nią być np. inicjatywa prof. Rybińskiego - pozew zbiorowy przeciw skarbowi państwa), tak po debacie prawdopodobieństwo masowego protestu bardzo spadło. Zmiany w OFE opinii publicznej obojętnieją.

Z perspektywy ekipy rządzącej to kolejny dowód na siłę propagandy. Okazuje się, że nawet w bardzo niepopularnych sprawach znajdują się socjotechniki, pozwalające na osiąganie celów. Oczywiście, ludzi nie przekonały, ale zniosły barykady stawiane masowo przeciw zapowiadanym zmianom. Opisywany mechanizm stosowany przez władzę wydaje się dość prosty: w zakresie palącego (ważnego społecznie i rozpalającego emocje) problemu należy znaleźć wiarygodnego i zaangażowanego (lecz niezbyt sprawnego propagandowo i wyizolowanego) przeciwnika, który swoim wielotygodniowym, jednostajnym, namolnym działaniem zohydzi opinii publicznej ten problem lub temat. Obojętność opinii publicznej sprawi, że promowane rozwiązanie da się przeprowadzić, pomimo braku akceptacji społecznej. Nazwijmy tę nową w teorii marketingu politycznego technikę "namolnym oponentem" im. Jacka Vincenta Rostowskiego. Pozostaje mieć nadzieję, że zostanie wykorzystana do przeprowadzenia kolejnych, niezbędnych Polsce reform.

Niestety, ten sam mechanizm wykorzystał Donald Tusk dla zatarcia wrażenia opinii publicznej o bezczynności rządu PO w zakresie realizacji tych reform oraz udziale tej partii w kilku dotkliwych wizerunkowo reformach. Deklaracja kilku celebrytów rosnącego dystansu względem PO, w jakimś stopniu symptomatyczna dla całego środowiska, a nawet segmentu młodych wyborców, okazała się finalnie wentylem bezpieczeństwa dla Tuska. Debata w programie Marcina Mellera była instrumentalnie kalką spotkania Rostowskiego z Balcerowiczem. Katalog socjotechnik PO został w ten sposób ciekawie wzbogacony.

dr hab. Adam Grzegorczyk

Archiwum wpisów

Październik, 2017
NPnWŚ CPS
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
(rok)
(miesiąc)