Całkowity humoru brak

Piórem analityka…

Decyzje parlamentu ograniczają przestrzeń komunikacji politycznej. Kampania wyborcza schodzi z bilbordów, rezygnuje ze spotów. Powracamy do starych, tradycyjnych form komunikacji bezpośredniej, wypowiedzi i debat. Ale jest w nich także coś zupełnie nowego.

PiS opublikował Raport o stanie Rzeczypospolitej. Zbiór 56 felietonów, krótkich, precyzyjnych, stanowczych. Brak w nich szczegółowej faktografii i głębokich analiz. Ale celem tego zbioru (który prawdopodobnie niedługo pojawi się drukiem) nie jest dotarcie do przeciętnego Polaka. 99,9% obywateli tego tekstu nie przeczyta, bo po pierwsze: nie czyta w ogóle, po drugie: jeśli czyta, to tylko podpisy do fotografii, po trzecie; ci którzy czytają, mają znacznie ciekawsze teksty niż subiektywne wynurzenia Jarosława Kaczyńskiego. Kto zatem przeczyta? Konkurenci polityczni, dziennikarze, liderzy opinii. I to już się stało. Przez media przetacza się debata o tym tekście: że jest nieobiektywny, że skrajny, że schizofrenia (nadworny psychiatra - Niesiołowski). Komunikat, który dociera do 99,9% opinii publicznej jest taki: "Kaczyński opisał swoją wizję Polski, większość się z nią zupełnie nie zgadza". Ale ta (spora) mniejszość, na której Kaczyńskiemu zależy, zrozumie: "Kaczyński ma coś ważnego do powiedzenia, ONI znowu chcą mu to utrudnić, trzeba się konsolidować i go wspierać". Im więcej czasu media poświęcają na krytykę tego raportu i im więcej jest wypowiedzi kwestionujących jego obiektywizm, tym większy efekt ten raport osiąga. Celowo posługuję się oczywistym uproszczeniem, ale forma felietonu na to pozwala, a czytelnik inteligentny, to zrozumie.

Od pewnego czasu Kaczyńskiemu udaje się narzucać opinii publicznej swoje scenariusze narracji. Błaszczak i Olejnik (1 dzień debaty medialnej), zakupy i drożyzna (4 dni), nie wyszło z votum nieufności wobec ministra skarbu, ale jest Raport. PiS jest w swoim żywiole, ma zdolność generowania kontekstów medialnych i na tym wygrywa. Znacznie słabiej na tym polu radzi sobie Napieralski, sukcesów dostarczają SLD politycy drugiego szeregu: np. Marek Balicki i idea liberalizacji ustawy antynarkotykowej sprowokowała dwudniową debatę. PO zachowuje się reaktywnie, licząc, że narracja jej przeciwników odwróci uwagę opinii publicznej od problemów, z którymi boryka się rząd.

Prima Aprilis nastraja żartobliwie. Ale w polskiej debacie publicznej dominuje smuta. Ile żartów wykorzystano w wypowiedziach publicznych w ostatnim tygodniu? Nie pamiętam. Zanika nawet klasyczna drwina. Zamiast niej mamy agresję, inwektywy, żeby chociaż kreatywne… A opinia publiczna czeka na inteligentny żart, zabawną metaforę, pieprzne porównanie. Nie tylko pierwszego kwietnia. Kogoś, kto będzie potrafił uczynić humor dominującym elementem swojego dyskursu, opinia publiczna wyniesie pod niebiosa. Media go pokochają, jego nazwisko rozpali do czerwoności serwery googlowych wyszukiwarek, widzowie będą przełączali telewizory na kanały, w których będzie występował. Musi to być jednak osoba zabawna naturalnie, a potrzeba humorystycznej narracji będzie wynikać z jej tożsamości. Czy mamy kogoś takiego na polskiej scenie politycznej?

dr hab. Adam Grzegorczyk

Archiwum wpisów

Grudzień, 2017
NPnWŚ CPS
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31
(rok)
(miesiąc)