Koalicja PO-PiS po wyborach? Nie wykluczam.

Piórem analityka…

Dziwna jest mechanika toczącej się nieformalnie kampanii wyborczej. Główni przeciwnicy-konkurenci dość bezładnie okładają się licznymi, słabymi ciosami tak, jakby nie chcieli wzajemnie zrobić sobie krzywdy. Pozornie walczą o zwycięstwo, ale chyba po żadnej ze stron nie ma istotnego przekonania, że pełna wygrana, dająca po wyborach możliwość samodzielnego rządzenia, jest możliwa do osiągnięcia. A że pozostali uczestnicy tego wyścigu są słabi i nieprzewidywalni, zupełnie nie wiadomo, co się wydarzy.

Główni gracze zdają sobie sprawę z głównych okoliczności tej rozgrywki: pogłębiający się (choć nie nazwany) kryzys finansów publicznych prowadzących wprost do coraz bardziej prawdopodobnego załamania gospodarczego, spadek nastrojów społecznych do poziomu sygnalizującego niebezpieczeństwo powstania obywatelskiego, oddolnego ruchu, brak reprezentacji politycznej zauważalnej części społeczeństwa. W tych okolicznościach rozsądni rządzący muszą rozważać ewentualność czasowego pozbycia się władzy dla uniknięcia odpowiedzialności za negatywne skutki aktualnej sytuacji, z myślą o ponownym jej przejęciu po załamaniu się polityki ich przeciwników lub w wyniku pogarszania się indywidualnej sytuacji ekonomicznej obywateli pod wpływem wprowadzonych z konieczności reform. Jednak w obecnych polskich warunkach jest jeszcze jedna ewentualność: rząd zgody narodowej utworzony na specjalny czas kryzysu przez oba dominujące ugrupowania, uzasadniony koniecznością wprowadzenia głębokich reform systemowych w państwie ze zmianami konstytucji włącznie i wymagający szerokiego zaplecza parlamentarnego.

Z politycznego punktu widzenia tego rodzaju rozwiązanie byłoby korzystne dla obu stron: Platforma pozbywałaby się odpowiedzialności za problemy gospodarcze pod warunkiem braku rozliczeń, Donald Tusk pozbywałby się w ten sposób coraz bardziej niewygodnego i nieudacznego ministra Rostowskiego, zamieniając go na odpowiedniego ekonomistę z PiSu (być może Zytę Gilowską). Podobnie chętnie PO oddałaby nadzór nad innymi resortami, w których sobie nie radzi (infrastruktura, nauka, oświata), utrzymując jednak kontrolę nad resortami, w zakresie których doświadczenia IV Rzeczypospolitej były najgroźniejsze: spraw wewnętrznych i administracji, sprawiedliwości. PiS miałby w ten sposób możliwość powrotu do rządzenia. W tym układzie premierem musiałby zostać bezpartyjny fachowiec (choć tu stronom byłoby zapewne trudno dojść do porozumienia) lub… Jarosław Kaczyński. Donald Tusk musiałby pozostać poza rządem i zadowolić się funkcją marszałka Sejmu, ale wobec jego nie euforycznego podejścia do pracy, zapewne byłoby mu to wygodne, mając w perspektywie objęcie (jeszcze w tej kadencji) odpowiednio poważnej funkcji w strukturach unijnych. Z atmosfery przedwyborczej pozostałby konflikt Jarosława Kaczyńskiego z prezydentem, całkiem wygodny dla PO i Tuska.

Tę opowieść baśniową prezentuję jako czystą prognozę, nie mam żadnych dowodów, że tak będzie, jednak znane i nieznane okoliczności wskazują na istotne jej prawdopodobieństwo. Być może uczestniczymy w grze, w której jest już pozamiatane?

dr hab. Adam Grzegorczyk

Archiwum wpisów

Grudzień, 2017
NPnWŚ CPS
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31
(rok)
(miesiąc)