Zamach smoleński

Piórem analityka…

Zastrzegając sceptycyzm wobec wersji intencjonalnego wywołania katastrofy smoleńskiej, muszę się przyznać, że w poniedziałkowej rozmowie w Polsat News posłużyłem się podświadomie określeniem "zamach smoleński". Na co dzień jestem bardzo ostrożny w doborze słów, a w szczególności słów stanowiących oceny, tym razem jednak nie zapanowałem nad skojarzeniami, wyrwało mi się, za co zostałem skarcony przez dziennikarza, zresztą słusznie.

Piszę o tym, aby wskazać na niespodziewaną skuteczność PiS-owskiej propagandy smoleńskiej. Na przestrzeni 2 lat Antoniemu Macierewiczowi udało się dokonać rewolucji w świadomości publicznej. Pierwotne koncepcje spiskowe przyczyn katastrofy były powszechnie traktowane jak absurd. Wciąż pojawiające się nowe koncepcje doprowadziły przynajmniej do tego, że poważne autorytety (członkowie komisji Millera, prezes Polskiej Akademii Nauk) głośno mówią o konieczności ich obiektywnej weryfikacji, a nawet potrzebie powołania zespołu niezależnych, zagranicznych ekspertów. Odsetek Polaków dopuszczających koncepcję zamachu wzrósł w okresie tych dwóch lat dwukrotnie.

Na ten stan najsilniej wpływa całkowite milczenie rządu i organów kontrolnych. Prokuratura zaniechała informowania o postępach śledztwa. Prezentowane poważnie hipotezy wybranych naukowców polskiego pochodzenia z Australii i USA przez obóz rządzący traktowane są z kpiną i szyderstwem. Brak argumentów (bo raport Millera w dyskursie publicznym już nie istnieje) politycy Platformy (ale także np. Leszek Miler) zastępują zbywaniem, obśmiewaniem, agresją. Taka postawa jest odbierana jako typowa dla osób, które mają coś do ukrycia.

Polskie władze nie wskazują, jakie starania podejmują w celu odzyskania podstawowych dowodów w sprawie: wraku samolotu i czarnych skrzynek. Robią wrażenie, jakby pogodziły się z dominacją Rosjan w procesie badania okoliczności katastrofy. Z tego opinia publiczna może wnioskować, że nie są zainteresowane zbadaniem tych dowodów, a zatem być może mają co do ukrycia.

Fatalna od kilku miesięcy polityka informacyjna rządu zbiega się ze (lub skutkuje) spadkiem poparcia dla PO, premiera, rządu, a nawet prezydenta. Donald Tusk ma już więcej przeciwników, niż zwolenników. Ta okoliczność może mieć podstawowy wpływ na publiczną ocenę jego roli w katastrofie smoleńskiej. Na zasadzie efektu diabelskiego, osobie ocenianej negatywnie w zakresie pewnej cechy, opinia publiczna jest gotowa mechanicznie przypisać inne cechy np. ludzie brzydcy są źli. Wdrukowywane w umysły odbiorców słowa: "zamach", "spisek", "zdrajca" w tych zmienionych w okresie ostatnich miesięcy okolicznościach (spadku poparcia premiera) trafiają na podatny grunt. I gdyby nawet nie było żadnych okoliczności potwierdzających wersję zamachu, ludzie w coraz większym stopniu będą gotowi winić Tuska za katastrofę z samego tylko tego faktu, że coraz więcej Polaków go nie lubi.

Wielokrotnie wypowiadałem się, że PiS robi błąd, eksploatując wątki smoleńskie w debacie publicznej. Podtrzymuję twierdzenie, że PiS na tym wątku nie zyskuje, nie poszerza swojego elektoratu i nie zwiększa swoich szans na zwycięstwo wyborcze. Jednak w ten sposób skutecznie osłabia swojego głównego konkurenta. Nie sądzę, żeby to była dla PiS strategia na sukces, bo głosy zwolenników Platformy nigdy do PiS nie wrócą. Być może zdegustowani i zniechęceni wyborcy PO nie pójdą do urn, przez co odsetek zwolenników PiS wśród głosujących się powiększy, ale to ciągle jeszcze nie jest strategia na sukces. Trzeba zacząć zajmować się realnymi problemami Polaków.

dr hab. Adam Grzegorczyk

Archiwum wpisów

Grudzień, 2017
NPnWŚ CPS
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31
(rok)
(miesiąc)